Oj, dzisiaj się działo... Dzień zaczął się bezproblemowo, jako że wczoraj wreszcie udało się skończyć ogrodzenie wewnętrzne, dziś rano zeszłam, otworzyłam drzwi i wypuściłam stwora za dom. Spokojnie zrobiłam kawę i tak dalej. Potem wyszłyśmy, i po raz któryś z przyjemnością obserwowałam, jak po wyjściu z domu zmierza natychmiast do furtki, gdzie czeka na mnie i jeszcze łepek podnosi, żeby łatwiej dać się zapiąć. Normalnie ideał!

Potem idziemy przez las, spokojnie, bezproblemowo i ja napawam się tym spokojem. Do czasu! Nagle, całkiem niespodziewanie szarpnięcie tak silne, że przewróciłam się, i co najgorsze, z zaskoczenia i z bólu - miałam wrażenie, że złamałam palec u ręki - wypuściłam linkę! A ta małpa poleciała z linką ciągnącą się za nią. To nie jest zwykła linka, tylko taka która się rozwija, właściwie nie linka tylko taśma, więc w ręce trzymam takie spore pudełko z tworzywa, regulując stopień rozwijania taśmy. Dlatego nie jest łatwo prowadzić psa inaczej, niż trzymając tę linkę w ręce. Początkowo miałam zamiar jakoś rezerwowo podczepić to pudełko do pasa, ale potem odpuściłam, bo trzyma się je naprawdę bezproblemowo... do czasu...

Trzy myśli miałam w głowie: że dziś miała przyjść pocztą adresówka... że mój kręgosłup tego chyba nie wytrzyma ... że musi się przecież zatrzymać, bo linka musi się zaplątać o gęstwinę. Na samym początku widziałam, że się zaplątała, na chwilę zatrzymała się, pobiegłam w tym kierunku ale jedno szarpnięcie i już jej nie było. Darłam się, wołałam, cisza. Poszłam w tym kierunku, wołając i nasłuchując. Trwało to ładną chwilę, z piętnaście minut może, kiedy w końcu usłyszałam ją - to było wołanie: no kurczę, coś mnie trzyma, puszczaj, muszę biec! Pobiegłam w tamtą stronę, po chwili ucichła, ja ją wołałam, a ona była cicho - może się uwolniła? Ale nie, zobaczyłam ją, linka nieźle się oplątała, a Yashka skakała, wyrywała się - wcale nie do mnie, tylko żeby biec, biec dalej!

Uff... Odplątałam linkę, wyciągnęłam Yashę z krzaków, opierającą się, ciągnącą niemożliwie. Następne ze 20 minut drogi było szaleństwem. Dorwać cariboo - tyle miała w łepetynie... Trzymałam pudełko od smyczy dwiema rękami, czasem dodatkowo trzymając się pni. Dopiero kiedy skręciłyśmy w drugą stronę, zapach stał się słabszy, dało się iść już bez problemu. Zrobiłyśmy wielki kawał drogi, cały czas myślałam, jak zapobiec takiej sytuacji, nie może być tak, żeby mi się wyrwała! Chyba przymocuję jakąś pętlę do tego pudełka od smyczy i będę ją zakładać na rękę. Palec się rusza, już nie boli. Kręgosłup wytrzymał. Yashka jest ze mną, nic się nie stało... Ale niewiele brakowało...

Joomla Template - by Joomlage.com